Teraźniejszość mnie troszkę deprymuje - za oknem deszcz, w sercu pusto, zmarznięte stopy ogrzewa kaloryfer. I tylko sny nawiedza ten, o którym wolałabym zapomnieć... Ale tak kończą się nierozwiązane sprawy - chociaż nie mówisz i nie myślisz, psychika swoje wie. Z głębi siebie nie da wyrzucić się zbyt szybko pewnych zdarzeń. Nie da się ogarnąć wątpliwości, nawet gdy je rozum odrzuca one tkwią nieustająco...
Pracy mam dużo, szczególnie na uczelni. Dziury w czasie zalepiam sesjami z przyjaciółką, niełatwo jednak jest być terapeutką bliskich. Chociaż rwiesz się do pomocy, rozum ma na wszystko inne spojrzenie - każdy na siebie musi zapracować sam, nie ma szans byś opierając się na doświadczeniu innych był spełniony i czuł swoją wartość. Nie na tym bliskość polega, żeby wymądrzać się radami z własnego życia - może jakbym miała już dziesiątki lat na koncie, nie bałabym się. Życie póki co zaskakuje i wiele bólu sprawiło mi dojście do pewnych wniosków, ale są moje. I jest coraz lepiej, łatwiej, chociaż niejedno zaskakujące rozczarowanie przede mną. Nigdy nie miałam silnej woli, a jednak coraz łatwiej mi przychodzi realizowanie tego, co istotne. Konkretne wnioski nie leżą na ulicy, podane na tacy nie smakują tak samo jak wypracowane własnym umysłem poglądy.
Mogłabym przecież w wieku 20 lat uchodzić za zgorzkniała i samotną, miałam takie momenty. A jednak dobre życie nie boli. Ananas czy jabłko - ważne, że twoje. Czasem boję się o swoją psychikę, ale żyjąc tu i teraz nabieram wewnętrznej siły. Ja tez wiele rzeczy nie umiem, ale biorę się za życie małymi krokami i wszystko jakoś leci. Nie mam motywacji do działań, ale dzień za dniem i ani się obejrzę, a będę miala pierwsze sukcesy na koncie. Grunt to być w tym wszystkim świadomym siebie i nie rozczulać się nad własnym "ja". Najłatwiej jest zwalić wszystko na otoczenie i na trudne czasy. Ale niestety, życie przeżyć jakoś musisz więc bierz tyłek do roboty i chociaż może być ciężko, może boleć to jednak warto walczyć o siebie. Parę rad na siebie znalazłam na ulicy, parę osób mi pomogło też, ale jednak najwięcej pracuje nad sobą - chociaż jestem naprawdę leniwa... "Najlepsza inwestycja w życie jestes Ty sama i dopoki tego nie zrozumiesz to zawsze bedziesz miala takie zalamania gdy cos pojdzie nie tak..." - wczorajsze moje słowa, ale no cholera rację mam. Pewne rzeczy musimy zawdzięczać jedynie sobie, swoim nerwom. Kiedy zakładałam bloga, jakaś laska pytała: "po co chcesz zmieniać siebie? pracować nad sobą?". Po to kochana, żeby nie przewalić swojego życia.
Jestem cholernie ciekawa, jak moje dzisiejsze myślenie zweryfikuje życie. Nie chciałabym nigdy zgubić wartości siebie, nad którą pracuję. Z pustą kieszenią, bez światowej klasy terapeuty. Na razie jest dobrze i oby tak dalej było i u mnie, i u Was.
Pracy mam dużo, szczególnie na uczelni. Dziury w czasie zalepiam sesjami z przyjaciółką, niełatwo jednak jest być terapeutką bliskich. Chociaż rwiesz się do pomocy, rozum ma na wszystko inne spojrzenie - każdy na siebie musi zapracować sam, nie ma szans byś opierając się na doświadczeniu innych był spełniony i czuł swoją wartość. Nie na tym bliskość polega, żeby wymądrzać się radami z własnego życia - może jakbym miała już dziesiątki lat na koncie, nie bałabym się. Życie póki co zaskakuje i wiele bólu sprawiło mi dojście do pewnych wniosków, ale są moje. I jest coraz lepiej, łatwiej, chociaż niejedno zaskakujące rozczarowanie przede mną. Nigdy nie miałam silnej woli, a jednak coraz łatwiej mi przychodzi realizowanie tego, co istotne. Konkretne wnioski nie leżą na ulicy, podane na tacy nie smakują tak samo jak wypracowane własnym umysłem poglądy.
Mogłabym przecież w wieku 20 lat uchodzić za zgorzkniała i samotną, miałam takie momenty. A jednak dobre życie nie boli. Ananas czy jabłko - ważne, że twoje. Czasem boję się o swoją psychikę, ale żyjąc tu i teraz nabieram wewnętrznej siły. Ja tez wiele rzeczy nie umiem, ale biorę się za życie małymi krokami i wszystko jakoś leci. Nie mam motywacji do działań, ale dzień za dniem i ani się obejrzę, a będę miala pierwsze sukcesy na koncie. Grunt to być w tym wszystkim świadomym siebie i nie rozczulać się nad własnym "ja". Najłatwiej jest zwalić wszystko na otoczenie i na trudne czasy. Ale niestety, życie przeżyć jakoś musisz więc bierz tyłek do roboty i chociaż może być ciężko, może boleć to jednak warto walczyć o siebie. Parę rad na siebie znalazłam na ulicy, parę osób mi pomogło też, ale jednak najwięcej pracuje nad sobą - chociaż jestem naprawdę leniwa... "Najlepsza inwestycja w życie jestes Ty sama i dopoki tego nie zrozumiesz to zawsze bedziesz miala takie zalamania gdy cos pojdzie nie tak..." - wczorajsze moje słowa, ale no cholera rację mam. Pewne rzeczy musimy zawdzięczać jedynie sobie, swoim nerwom. Kiedy zakładałam bloga, jakaś laska pytała: "po co chcesz zmieniać siebie? pracować nad sobą?". Po to kochana, żeby nie przewalić swojego życia.
Jestem cholernie ciekawa, jak moje dzisiejsze myślenie zweryfikuje życie. Nie chciałabym nigdy zgubić wartości siebie, nad którą pracuję. Z pustą kieszenią, bez światowej klasy terapeuty. Na razie jest dobrze i oby tak dalej było i u mnie, i u Was.
19.11.2011 o godz. 22:50
komentuj (1)
Nerwówka... Chociaż spraw na głowie wiele, noce pozostają tylko dla mnie. I wtedy rodzą się najgorsze potwory, Francisco Goya miał rację. Ale z każdego załamania człowiek wychodzi, wydaje mi się, bogatszy w doświadczenia. Ja tym razem nauczyłam się, by nie wplątywać w swoją huśtawkę nastroju mężczyzny. Chociaż przemknęło to pewnie niezauważenie, moja złośliwość, niecierpliwość... Aż wstyd. Kobieta przecież jest zaproszeniem do szczęścia.
Mówią, że inteligentne kobiety nie mają facetów. A może nie chodzi tu o jak najlepsze życie dla siebie, ale jedynie o wysyłanie sygnałów dobra innym? Według mnie mądre kobiety świadomie wybierają mężczyznę życia i postępują tak, aby czuł się potrzebny. Nie chcę rozwodzić się nad inteligencją, prawdziwą czy sztuczną, ale zastanowiło mnie zachowanie Dody. Chwali się wysokim IQ, ale okazuje się, że wysokie liczby nie świadczą o mądrości... życiowej. Na łamach jakiegoś pisemka, bodajże Party czy Gala wykładała sekrety swoich związków. Nie wiem, ile jej za to zapłacili, ale na litość boską, człowiek nigdy nie jest sam.
Nie bronimy tylko własnej prywatności, ale i prywatność ludzi, którzy nam w życiu towarzyszą. Nie dziwię się, że jest samotną kobietą - a kolejni partnerzy uciekają. Jest różnica między medialnym szumem, a zwykłą uczciwością. Nikt nie ma obowiązku przecież spowiadać się z każdego prywatnego iwentu...
Po co właściwie o tym piszę? Może nie każda dziewczyna wie, że czasem papla za dużo... A to bardziej odstrasza, niż wywołuje współczucie. Najbardziej trzeba wierzyć sobie - praktycznie tylko sobie - i przyjąć do wiadomości, że czasem zaspakajanie ciekawości innych pikantnymi wiadomościami z naszego życia jest bardzo fo pa.
Podobnie z wyrażaniem własnej opinii. Ilekroć czytam ciekawy artykuł w sieci i nie zgadzam się z autorem, mam ochotę skomentować, przytaknąć, sprowokować czy wzburzyć innych czytelników - zaczęłam zadawać sobie pytanie - po co? Czy naprawdę potrzebuję utraty następnej minuty życia na wyrażenie ulotnej myśli? A później pilnowanie, czy nie wywiązała się dyskusja? Pomiędzy zupełnie obcymi osobami? Czasem łapię się na przesyceniu internetem...
Tyle mądrych głów, każdy muchy w nosie ma, o drugim nie wie nic. Bo w końcu co mnie obchodzi, co Edzia Górniak miała na myśli, gdy uciekała przed koniem, później tuliła się do niego a na koniec uśmiechała się do drzewa w nowym teledysku?
Im więcej mam lat, tym zaczynam łapać życie - nie wiem, może w końcu wypracuje w sobie duszę księgowej, bo kiedy gromadzę wolne minuty w każdym dniu to działa jak mantra, jak podręcznik o tytule "Efektywne zarządzanie czasem".
Mówią, że inteligentne kobiety nie mają facetów. A może nie chodzi tu o jak najlepsze życie dla siebie, ale jedynie o wysyłanie sygnałów dobra innym? Według mnie mądre kobiety świadomie wybierają mężczyznę życia i postępują tak, aby czuł się potrzebny. Nie chcę rozwodzić się nad inteligencją, prawdziwą czy sztuczną, ale zastanowiło mnie zachowanie Dody. Chwali się wysokim IQ, ale okazuje się, że wysokie liczby nie świadczą o mądrości... życiowej. Na łamach jakiegoś pisemka, bodajże Party czy Gala wykładała sekrety swoich związków. Nie wiem, ile jej za to zapłacili, ale na litość boską, człowiek nigdy nie jest sam.
Nie bronimy tylko własnej prywatności, ale i prywatność ludzi, którzy nam w życiu towarzyszą. Nie dziwię się, że jest samotną kobietą - a kolejni partnerzy uciekają. Jest różnica między medialnym szumem, a zwykłą uczciwością. Nikt nie ma obowiązku przecież spowiadać się z każdego prywatnego iwentu...
Po co właściwie o tym piszę? Może nie każda dziewczyna wie, że czasem papla za dużo... A to bardziej odstrasza, niż wywołuje współczucie. Najbardziej trzeba wierzyć sobie - praktycznie tylko sobie - i przyjąć do wiadomości, że czasem zaspakajanie ciekawości innych pikantnymi wiadomościami z naszego życia jest bardzo fo pa.
Podobnie z wyrażaniem własnej opinii. Ilekroć czytam ciekawy artykuł w sieci i nie zgadzam się z autorem, mam ochotę skomentować, przytaknąć, sprowokować czy wzburzyć innych czytelników - zaczęłam zadawać sobie pytanie - po co? Czy naprawdę potrzebuję utraty następnej minuty życia na wyrażenie ulotnej myśli? A później pilnowanie, czy nie wywiązała się dyskusja? Pomiędzy zupełnie obcymi osobami? Czasem łapię się na przesyceniu internetem...
Tyle mądrych głów, każdy muchy w nosie ma, o drugim nie wie nic. Bo w końcu co mnie obchodzi, co Edzia Górniak miała na myśli, gdy uciekała przed koniem, później tuliła się do niego a na koniec uśmiechała się do drzewa w nowym teledysku?
Im więcej mam lat, tym zaczynam łapać życie - nie wiem, może w końcu wypracuje w sobie duszę księgowej, bo kiedy gromadzę wolne minuty w każdym dniu to działa jak mantra, jak podręcznik o tytule "Efektywne zarządzanie czasem".
Jesień tego lata zaskoczyła chyba wszystkich. Jeszcze rok temu słyszałam tekst: "za rok to dopiero mają być upały"... Taaaak - są, ale chyba tylko w ciepłych krajach.
Deszczowe dni nie muszą być jednak nudne - wystarczy, że zobaczymy co proponuje nam moda. Uliczny pop-art czyli piękne parasole, różnokolorowe deszczowe kurtki Adidasa i House'a, wzorzyste kalosze Huntera czy Jacobsona, neonowe płaszcze z Asos.com, kapelusze Marks&Spencer, przeciwdeszczowe torby Pumy... Mogłabym wymieniać godzinami.
Skupię się jednak na pięknych parasolach - tych nigdy za wiele (więcej tutaj). W pochmurny dzień sztuka w zasięgu ręki przychyli nieba i naładuje pozytywna energią.
1. Głębia oceanu
2. E. Degas "Lekcja baletu"
3. Fioletowa Gerbera
4. V. Van Gogh "Słoneczniki"
5. Hautman Brothers "Motyle"
6. Paryż
7. New York
8. Tiffany "Motyle"
9. Róże antyczne
10. Betty Boop
11. Bratki
12. Pasotti "Giardino delle rose"
Jakkolwiek kocham parasolki, trzymam się jednej składanej w klasycznej czerni. Nie opłaca mi się kupować tych pięknych i drogich, zbyt często je gubię. Ostatni mój zakup, panterka na drewnianej rączce, został w gdańskim Manekinie. Ale to tylko dlatego, że naleśniki były boskie, a ja musiałam się martwić jak tu dyskretnie wyjść, żeby nie urazić grającego na gitarze Piotra Lisieckiego. Moja cudowna koleżanka, która też nie pamiętała o mojej parasolce powiedziała, że "popatrzył na nas smutnymi oczami" jak się przeciskałyśmy wśród rozemocjonowanych nastolatek. Nie wiem, dla mnie on ma zawsze smutne oczy :)
Deszczowe dni nie muszą być jednak nudne - wystarczy, że zobaczymy co proponuje nam moda. Uliczny pop-art czyli piękne parasole, różnokolorowe deszczowe kurtki Adidasa i House'a, wzorzyste kalosze Huntera czy Jacobsona, neonowe płaszcze z Asos.com, kapelusze Marks&Spencer, przeciwdeszczowe torby Pumy... Mogłabym wymieniać godzinami.
Skupię się jednak na pięknych parasolach - tych nigdy za wiele (więcej tutaj). W pochmurny dzień sztuka w zasięgu ręki przychyli nieba i naładuje pozytywna energią.
1. Głębia oceanu
2. E. Degas "Lekcja baletu"
3. Fioletowa Gerbera
4. V. Van Gogh "Słoneczniki"
5. Hautman Brothers "Motyle"
6. Paryż
7. New York
8. Tiffany "Motyle"
9. Róże antyczne
10. Betty Boop
11. Bratki
12. Pasotti "Giardino delle rose"
Jakkolwiek kocham parasolki, trzymam się jednej składanej w klasycznej czerni. Nie opłaca mi się kupować tych pięknych i drogich, zbyt często je gubię. Ostatni mój zakup, panterka na drewnianej rączce, został w gdańskim Manekinie. Ale to tylko dlatego, że naleśniki były boskie, a ja musiałam się martwić jak tu dyskretnie wyjść, żeby nie urazić grającego na gitarze Piotra Lisieckiego. Moja cudowna koleżanka, która też nie pamiętała o mojej parasolce powiedziała, że "popatrzył na nas smutnymi oczami" jak się przeciskałyśmy wśród rozemocjonowanych nastolatek. Nie wiem, dla mnie on ma zawsze smutne oczy :)
Tym razem inspiracją stała się rozmowa z moją babcią na temat koleżanki i jej problemów z Być Może Przyszłą Teściową, w skrócie - wariatką. Babcia, jako starsza i doświadczona życiem kobieta radziła, że kiedy spotkasz dobrego mężczyznę, ale z jego rodzicami nie będzie wszystko ok - najlepiej uciec, nim się wdepnie (czy może wdupnie) całkowicie. Bo zobaczysz, on też pokaże drugą twarz.
Jak bardzo jesteśmy podobni do rodziców? Jak to możliwe, że przejmujemy wiele ich cech, nie tylko tych pozytywnych? Czy mamy to w genach, czy to naśladowanie rodziców w naszym życiu ma wyjątkowa ich bliskość?
Freud rzekł, że podstawą budowania moralności każdego człowieka jest jego ojciec - tak kształtuje się superego. Ale czy tylko ojciec? Gdy jestem zdenerwowana, łapie się na zachowaniach identycznych, jakie zaobserwowałam u mojej mamy.. I chociaż na szczęście ogranicza się to najczęściej do ustnych wypowiedzi, w chwili gdy zauważam podobieństwo - czuje się niekomfortowo. Uważnie obserwuje siebie i nie popadam w żadne behawioralne schematy typu jabłko przy jabłoni. Bo przecież nie da się wykreować dwóch takich samych postaci...
Wręcz przeciwnie, naukowcy na łamach "Journal of Consumer Behavior" krzczą: "Some moms 'doppelgang' their daughters' style". Że niby we współczesnym, konsumpcyjnym świecie coraz częściej to córki nadają ukierunkowanie matkom, mimo że rodzice nie zdają sobie z tego sprawy. Skoro matki mają silniejsze tendencje do naśladowania córek pod względem ich stosunku do masówki naszego wieku, w skrajnych przypadkach przekłada się to na psychikę pozakonsumpcyjną - matki już nie tylko kupują to, co córki, ale także zaczynają się też nieświadomie zachowywać się tak samo jak one.
A jednak, wiele schematów z życia prywatnego naszych rodziców jest bardzo łatwo powtórzyć. Ich błędy, podręcznikowy psychologiczny schemat - "moja mama ma męża alkoholika, więc ja też mogę pokochać alkoholika, przecież wiem jak sobie z tym radzić...", "od pokoleń kobiety w mojej rodzinie rozwodziły się, więc przy okazji ja też tak zrobię, przecież to niemożliwe byśmy się z mężem porozumieli..." Lecz chyba to nie oznacza, że musimy gubić swój rozum? Za mało przeżyłam, aby dyskutować z babcią, ale póki co - nie wierzę, że nie da się odejść od schematu. :)
Jak bardzo jesteśmy podobni do rodziców? Jak to możliwe, że przejmujemy wiele ich cech, nie tylko tych pozytywnych? Czy mamy to w genach, czy to naśladowanie rodziców w naszym życiu ma wyjątkowa ich bliskość?
Freud rzekł, że podstawą budowania moralności każdego człowieka jest jego ojciec - tak kształtuje się superego. Ale czy tylko ojciec? Gdy jestem zdenerwowana, łapie się na zachowaniach identycznych, jakie zaobserwowałam u mojej mamy.. I chociaż na szczęście ogranicza się to najczęściej do ustnych wypowiedzi, w chwili gdy zauważam podobieństwo - czuje się niekomfortowo. Uważnie obserwuje siebie i nie popadam w żadne behawioralne schematy typu jabłko przy jabłoni. Bo przecież nie da się wykreować dwóch takich samych postaci...
Wręcz przeciwnie, naukowcy na łamach "Journal of Consumer Behavior" krzczą: "Some moms 'doppelgang' their daughters' style". Że niby we współczesnym, konsumpcyjnym świecie coraz częściej to córki nadają ukierunkowanie matkom, mimo że rodzice nie zdają sobie z tego sprawy. Skoro matki mają silniejsze tendencje do naśladowania córek pod względem ich stosunku do masówki naszego wieku, w skrajnych przypadkach przekłada się to na psychikę pozakonsumpcyjną - matki już nie tylko kupują to, co córki, ale także zaczynają się też nieświadomie zachowywać się tak samo jak one.
A jednak, wiele schematów z życia prywatnego naszych rodziców jest bardzo łatwo powtórzyć. Ich błędy, podręcznikowy psychologiczny schemat - "moja mama ma męża alkoholika, więc ja też mogę pokochać alkoholika, przecież wiem jak sobie z tym radzić...", "od pokoleń kobiety w mojej rodzinie rozwodziły się, więc przy okazji ja też tak zrobię, przecież to niemożliwe byśmy się z mężem porozumieli..." Lecz chyba to nie oznacza, że musimy gubić swój rozum? Za mało przeżyłam, aby dyskutować z babcią, ale póki co - nie wierzę, że nie da się odejść od schematu. :)
Malowanie paznokci na balkonie nasuwa koszmarne myśli...
Dzisiaj, odurzona świeżym powietrzem, zrelaksowana i zadowolona zakupem nowego lakieru robiłam mały pedicure, siedząc na swoim balkonie. Rozmyślałam troszkę na temat mojej dzisiejszej rozmowy z przyjaciółką - notabene, mężczyźni i przyszłość. W miarę upływu czasu pojawiały się w moich myślach kolejne pytania.
Kiedy deklarujemy poważny związek, zachowujemy się poważnie. A przynajmniej w taki sposób wybiegamy myślami w przyszłość. Nie należę jednak do osób, które lubią plany - w moim życiu wiele wychodzi spontanicznie i to jest dobre - rok temu nawet nie pomyślałam, że wiatr zawieje mnie nad morze i pokocham Sopot jakby był mój zawsze... Na pytanie: gdzie na studia? jakie? odpowiadałam: "ja nic nie wiem, będzie gdzie będzie, wszędzie mi dobrze". I nieważne, że przy ogłaszaniu wyników płakałam jak bóbr bo nie wiedziałam co w końcu ze sobą zrobić - Olsztyn i bliskość faceta, co do którego pewna nie byłam czy Trójmiasto i porządne podwaliny pod przyszłość. A jednak troszkę o tym życiu trzeba pomyśleć.
Najlepsza w życiu inwestycja, to inwestycja w siebie. Nie tylko ta duchowa. Mentalność mojej przyjaciółki trzyma ją bardzo przy ziemi. Nie lubię obgadywać ludzi, ale na blogu jakoś idzie to lżej, inaczej nie uporządkuje swoich myśli. Chociaż jest ze swoim facetem względnie krótko, on już oszczędza na ich wspólną przyszłość. Nie widzą siebie w kredytach. W sumie racja, łatwo wpaść w pułapkę kredytową, być niewypłacalnym, zaciągać jeden by spłacić drugi a odsetki rosną...
Współcześni rodzice zakładają małym książeczki oszczędnościowe - na edukację, na przyszłe życie. Ale skąd to zaufanie do państwa? Nawet ja, z głową w chmurach i głową nabitą bezpodstawnymi ideami, nie wierzę NBP. Gdybym miała gotówkę, nie przechowywałabym jej na użytek instytucji finansowo-bankowych. Jedyny bank, któremu względnie mogę zaufać to PKO BP - w razie porządnego kryzysu jako jeden z nielicznych będzie swobodnie wypłacalny. Ale co z dewaluacją i deprecjacją? Prędzej bym więc zainwestowała w rozkwitającą firmę, sprzedała akcje i tak zarobione pieniądze zamieniła w porządną, sopocką kamienicę. Jednak wcześniej musiałabym wypraktykować w sobie wolność, nauczyć się medytować, przestać jeść mięso, przeczytać stos mądrych książek i wyćwiczyć psychikę na totalne carpe diem. Bo w finansowym bagnie bez silnej psychiki można zwariować. Z ryzykiem giełdowym wiąże się silna psychika graczy - kierowanie się emocjami i próby manipulowania rynkiem.W życiu nie dałabym z siebie zrobić spekulanta giełdowego - o nie, nie zamierzam skończyć jak Edwin Lefèvre, świetny journalista. Wyskoczył z okna.
Jednak czy warto namawiać siebie i partnera na to, aby budować silne fundamenty przyszłości w tak młodym wieku? Lepiej, jeśli jest to materialna inwestycja - samochód, nauka, ponieważ tylko tezauryzacja - gromadzenie złota, ziemi, nieruchomości, papierów wartościowych jest w stanie zapewnić jedyne mądre rozwiązanie, ale niestety przez moje podworko nie przepływa rzeka, w której mogłabym poszukać złota. Mam nadzieje, że życie jeszcze podsunie mi najlepsze rozwiązanie, jak zawsze. Temat rzeka, do przerobienia.
Dzisiaj, odurzona świeżym powietrzem, zrelaksowana i zadowolona zakupem nowego lakieru robiłam mały pedicure, siedząc na swoim balkonie. Rozmyślałam troszkę na temat mojej dzisiejszej rozmowy z przyjaciółką - notabene, mężczyźni i przyszłość. W miarę upływu czasu pojawiały się w moich myślach kolejne pytania.
Kiedy deklarujemy poważny związek, zachowujemy się poważnie. A przynajmniej w taki sposób wybiegamy myślami w przyszłość. Nie należę jednak do osób, które lubią plany - w moim życiu wiele wychodzi spontanicznie i to jest dobre - rok temu nawet nie pomyślałam, że wiatr zawieje mnie nad morze i pokocham Sopot jakby był mój zawsze... Na pytanie: gdzie na studia? jakie? odpowiadałam: "ja nic nie wiem, będzie gdzie będzie, wszędzie mi dobrze". I nieważne, że przy ogłaszaniu wyników płakałam jak bóbr bo nie wiedziałam co w końcu ze sobą zrobić - Olsztyn i bliskość faceta, co do którego pewna nie byłam czy Trójmiasto i porządne podwaliny pod przyszłość. A jednak troszkę o tym życiu trzeba pomyśleć.
Najlepsza w życiu inwestycja, to inwestycja w siebie. Nie tylko ta duchowa. Mentalność mojej przyjaciółki trzyma ją bardzo przy ziemi. Nie lubię obgadywać ludzi, ale na blogu jakoś idzie to lżej, inaczej nie uporządkuje swoich myśli. Chociaż jest ze swoim facetem względnie krótko, on już oszczędza na ich wspólną przyszłość. Nie widzą siebie w kredytach. W sumie racja, łatwo wpaść w pułapkę kredytową, być niewypłacalnym, zaciągać jeden by spłacić drugi a odsetki rosną...
Współcześni rodzice zakładają małym książeczki oszczędnościowe - na edukację, na przyszłe życie. Ale skąd to zaufanie do państwa? Nawet ja, z głową w chmurach i głową nabitą bezpodstawnymi ideami, nie wierzę NBP. Gdybym miała gotówkę, nie przechowywałabym jej na użytek instytucji finansowo-bankowych. Jedyny bank, któremu względnie mogę zaufać to PKO BP - w razie porządnego kryzysu jako jeden z nielicznych będzie swobodnie wypłacalny. Ale co z dewaluacją i deprecjacją? Prędzej bym więc zainwestowała w rozkwitającą firmę, sprzedała akcje i tak zarobione pieniądze zamieniła w porządną, sopocką kamienicę. Jednak wcześniej musiałabym wypraktykować w sobie wolność, nauczyć się medytować, przestać jeść mięso, przeczytać stos mądrych książek i wyćwiczyć psychikę na totalne carpe diem. Bo w finansowym bagnie bez silnej psychiki można zwariować. Z ryzykiem giełdowym wiąże się silna psychika graczy - kierowanie się emocjami i próby manipulowania rynkiem.W życiu nie dałabym z siebie zrobić spekulanta giełdowego - o nie, nie zamierzam skończyć jak Edwin Lefèvre, świetny journalista. Wyskoczył z okna.
Jednak czy warto namawiać siebie i partnera na to, aby budować silne fundamenty przyszłości w tak młodym wieku? Lepiej, jeśli jest to materialna inwestycja - samochód, nauka, ponieważ tylko tezauryzacja - gromadzenie złota, ziemi, nieruchomości, papierów wartościowych jest w stanie zapewnić jedyne mądre rozwiązanie, ale niestety przez moje podworko nie przepływa rzeka, w której mogłabym poszukać złota. Mam nadzieje, że życie jeszcze podsunie mi najlepsze rozwiązanie, jak zawsze. Temat rzeka, do przerobienia.






